“Minus 100 stopni. Pierwsze zimowe wejście na Mount McKinley”

Dwieście sześćdziesiąt stron to, obiektywnie rzecz biorąc, nieduża objętość książki, ale w zupełności może posłużyć do opowiedzenia ciekawej historii. Taką historią jest pierwsze zimowe zdobycie najwyższego szczytu Ameryki Północnej – góry Mount McKinley, od 2015 roku nazywanej Denali, zgodnie z tradycją miejscowej ludności indiańskiej.

Na początku powinienem podkreślić, że do tej pory nie miałem okazji przeczytać tej książki w oryginale, czyli angielskiej wersji językowej „Minus 148⁰: First Winter Ascent of Mt. McKinley”. Uważam jednak, że należy wspomnieć o dobrej pracy redaktorskiej, bo książkę pochłania się bez „piasku między zębami”, uczucia towarzyszącego czytaniu książek tworzonych na szybko i bez troski o językowe doznania czytelników. Starania wydawnictwa tym bardziej wymagają podkreślenia, gdyż z wydawniczymi „szybkimi strzałami” mamy do czynienia częściej niż byśmy chcieli. Ta książka do tego grona się nie kwalifikuje – wręcz przeciwnie, zwracać uwagę swoją wysoką jakością.

O czym myślałem czytając „Minus 100 stopni”? Pierwsze co przyszło mi do głowy to to, że kiedyś inaczej się wspinano, ale też inaczej myślano o pisaniu książek. Wygląda na to, że przed napisaniem omawianej pozycji autor stworzył konspekt, jakiś ogólny zarys tego, co ma powstać, jak powinno wyglądać i jakie uczucia powinny towarzyszyć czytelnikom. Książka ta jest po prostu bezpretensjonalna, szczera, autentyczna i, zaskoczenie, niepodobna do wielu, ukazujących się obecnie, pozycji. Relacja z wyprawy wysokogórskiej to zwykle zbiór twardych, często nieciekawych faktów, które byłyby ciężkostrawne jak jajecznica na wysokości 7000 m w przeddzień ataku szczytowego, gdyby nie podano ich w odpowiedni sposób. Nie każdy to potrafi. Można powiedzieć, że Davidson ze swoim pomysłem na książkę wyprzedził epokę. W tym wypadku autor operuje faktami w wyjątkowy sposób, podając je z bardzo dużym wyczuciem, niczym szef kuchni serwujący swoje najlepsze dania – smaczne i podane w porę. Przy tym wszystkim książka nie traci naturalnego rytmu charakterystycznego dla wypraw i jest, co tu kryć, po prostu wciągająca.

Za jedyny, delikatny minus (poza tytułowym, bo oryginalny tytuł mógłby pozostać bez zmian) uznaję fragmenty dzienników członków ekipy, zbite w końcówce książki w całość, by pokazać szerszy kontekst walki o przetrwanie podczas schodzenia z góry. Rozumiem dlaczego Art nie chciał skupiać się tylko na swojej relacji, zresztą tym zabiegiem udowodnił, jak bardzo ważne dla niego było na tej wyprawie partnerstwo. Czuł on tak głęboką więź ze współtowarzyszami, że nie wypadało nie przekazać im głosu. Zabieg ten, choć ciekawy, momentami był dla mnie lekko dekoncentrujący, ale absolutnie nie miał wpływu na całościowe postrzeganie przeze mnie książki Arta Davidsona.

Przeciętnemu fanowi polskiego himalaizmu zimowego w głowie może nie mieścić się, że na pomysł zdobycia wysokiej i trudnej góry w najgorszej porze roku nie wpadł Andrzej Zawada. Ale… Ciekawostką jest fakt, że wyprawa na Mount McKinley miała jednak coś wspólnego z pierwszym polskim zimowym ośmiotysięcznikiem, a „łącznikiem” w tym wypadku był jeden z zimowych zdobywców Mount McKinley, Ray Genet, który w 1979 roku zginął na Evereście.

Fragment książki:

Okazało się jednak, że nasz stary Pirat (pseudonim Geneta – przyp. M.P.) miał w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę. Rok później nagłówki gazet na całym świecie donosiły o „Ostatnim dowcipie Geneta”. Ludzie zawsze zostawiają na szczycie Everestu drobne pamiątki. Ray nie był wyjątkiem, zabrał bowiem ze sobą kartkę z numerem telefonu do pewnej młodej damy. Gdy następna wyprawa dotarła na wierzchołek, znalazła tam domowej roboty ulotkę: „Chcesz się zabawić? Zadzwoń do Pat: 907-274…”.

Kartkę tę wygrzebał w lutym 1980 roku Leszek Cichy, podczas pierwszego zimowego wejścia na najwyższą górę świata, którego dokonał wraz z Krzysztofem Wielickim.

Oczywiście w książce pasjonująca jest sama historia pierwszego zimowego wejścia na Denali. Ośmiu śmiałków porwało się na trudny szczyt zimą – najokrutniejszą porą roku. Trudne warunki podczas samej wspinaczki, wypadek, różnice zdań, piękno otaczającej natury, ale też rozterki członków ekipy – proza wielkiej wyprawy. I to wszystko w bardzo smaczny sposób podane na kartkach papieru. Po prostu klasyka, którą wypada znać.

Minus 100 stopni. Pierwsze zimowe wejście na Mount McKinley

Art Davidson

Wydawnictwo Czarne, 2021

P.S. Jeśli podobają Ci się zamieszczane przeze mnie treści zachęcam Cię do zostania patronem bloga 8tysiecy.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
www.patronite.pl/8tysiecypl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *