Zamknięty rozdział

Na początku chciałem zaznaczyć, że ze względu na tragiczną śmierć Sergiego Mingote nie jestem w stanie w stu procentach skoncentrować się na tym, co w kontekście pierwszego zimowego wejścia na K2 jest ważne. Zawsze, kiedy w górach ktoś ginie nachodzą mnie myśli, ile to wszystko jest warte? Czy wspinanie, jako takie, ma sens, czy ma sens ryzykowanie, a wspinanie przecież jest ryzykowaniem, większym lub mniejszym, kiedy w domu czeka kochająca rodzina? Pytania zostają, odpowiedzi nie przychodzą. Dlatego jeśli po przeczytaniu tego tekstu będziecie chcieli podzielić się swoimi uwagami, albo zadać jakieś pytanie – zapraszam do dodawania komentarzy, tu, na blogu, bo w ferworze codzienności te na portalach społecznościowych mogą mi umknąć.

Wypadałoby zacząć od „A jednak! Udało im się!”. Zdarzyła się rzecz, wydawać by się mogło, niemożliwa. Człowiek pierwszy raz w historii stanął na szczycie niezdobytego o tej porze roku K2. Siedzę i myślę “Czym dziś jest pierwsze zimowe wejście na K2?”. Bo, że dla wielu z nas czymś niewyobrażalnym, czymś, do czego nigdy się nawet nie zbliżymy – to bez wątpienia. To przede wszystkim ogromny sukces Nepalczyków – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Zewsząd spływają gratulacje dla tych, którzy od lat pomagali mniejszym i większym wyprawom zachodnim, najpierw latem, później zimą. Latami podpatrywali najlepszych, również Polaków, uczyli się od nich poruszania się w trudnym terenie, ale też specjalizowali się w tym, za co zachodni wspinacze brać się nie chcieli, choćby za ubezpieczanie trudnego odcinka w drodze na Everest – Icefallu. Przyszedł czas, by mogli pokazać całemu światu, że stać ich na więcej. Teraz mają swoje pięć minut, swój sukces.

Prawdą jest, że jeśli komuś „należał się” szczyt K2 zimą, najtrudniejszego z ośmiotysięczników, to właśnie Nepalczykom. To największy sukces, jaki w tym momencie mogli sobie wymarzyć, również marketingowy. Bo że jedną z motywacji udziału dużych ekip Szerpów w projekcie “K2 zimą”, była reklama swoich usług – tego jestem pewien. Teraz bez mrugnięcia okiem będą mogli podnieść ceny dla zagranicznych turystów, którzy pragną wejść np. na Everest. W końcu Ci turyści będą mieli szansę trafić pod opiekę śmiałka, który wszedł zimą na K2, a to przecież nie byle osiągnięcie. Od razu podkreślę – to nie jest zarzut w stronę Nepalczyków, tak działa świat wypraw komercyjnych i będą mieli pełne prawo postąpić w ten sposób, skonsumować swój sukces jak tylko będzie to dla nich opłacalne. Im więcej sukcesów mają na swoim koncie Szerpowie zatrudniani przez duże agencje, głównie te działające pod Everestem, ale też na innych ośmiotysięcznikach, tym więcej pieniędzy chce agencja od kandydatów na zdobywcę najwyższych szczytów świata.

Czym pierwsze zimowe wejście na K2 jest dla „środowiska himalajskiego”? Po pierwsze: nie wiem czy jako takie środowisko w ogóle istnieje, bo w Polsce np. Adam Bielecki zdążył już w mediach zapowiedzieć, że nic się nie skończyło, bo dla niego ważny jest styl wejścia, a ten był w wykonaniu Nepalczyków niespecjalny, ale do tego za chwilę przejdziemy. Janusz Majer, były kierownik programu Polski Himalaizm Zimowy im. Artura Hajzera, powiedział z kolei, że teraz nie ma już sensu organizowanie dużej polskiej wyprawy na K2 zimą, trzeba zastanowić się nad stawianiem sobie innych, poważnych celów wspinaczkowych w górach najwyższych. Przeróżni zagraniczni himalaiści reagują różnie, głównie gratulując Nepalczykom, ale część z nich nie omieszkała wypomnieć używania butli.

Niemniej – coś się skończyło. Niewątpliwie dobiegła końca era pierwszych zimowych wejść na najwyższe góry świata. 16. stycznia zapisze się już na zawsze w świadomości ludzkości (no, może nie całej ludzkości) jako dzień w którym K2, ostatni niezdobyty zimą szczyt, w końcu “padł”. Jest to fakt niezaprzeczalny. We wspinaczce, również tej w górach najwyższych, nie ma prostych rozwiązań, werdyktów, komisji orzekających, sędziów, stadionów, więc… nie wszystko jest proste.

Czy styl ma znaczenie? I tu płynnie przechodzimy do Adama Bieleckiego i jego opinii, która, tak mi się wydaje, zostaje lekko naciągnięta we wszystkie strony po to, by każdy przypadkowy obserwujący mógł ulec prostej pokusie krytykowania polskiego himalaisty, albo poparcia jego opinii. Przyzwyczaiłem się, że ludziom zazwyczaj nie chce się szukać informacji na dany temat, że oczekują prostych i natychmiastowych odpowiedzi, jednak w sieci można znaleźć sporo opinii, nie tylko Bieleckiego, na temat wpływu tlenu z butli na funkcjonowanie organizmu. Adam traktuje wspinanie z tlenem jako doping i ma do tego pełne prawo jako sportowiec. Lekarze zajmujący się wpływem tlenu na działalność ludzkiego organizmu na dużych wysokościach twierdzą, że “wysokość” góry przy używaniu tlenu z butli obniża się nawet o 1500 metrów! Organizm na ośmiotysięczniku zachowuje się, jakby był na siedmiitysięczniku. Ogromna różnica, tym bardziej zimą, kiedy temperatury są bardzo niskie i bardzo łatwo o odmrożenia. Uważam, że ten wywiad z Adamem warto przeczytać bez emocji, w całości, ale wklejam jego fragment.

Nie ukrywałeś, że styl działania tych kilku wypraw, które pojawiły się w tym roku pod K2, niezbyt ci odpowiada. Czujesz dzisiaj lekką ulgę, że częściowo presja zniknie i przestanie się tyle mówić na świecie o zimowym K2 czy też lekką złość na to, że ktoś, kto zrobił to po raz pierwszy, zrobił to z tlenem?

Chyba jest tak, że ten “hype” trochę opadnie. Na pewno dotarłem do takiego punktu, że wciąż myślę o tym K2 i to wejście niewiele w tym myśleniu zmienia, bo dla mnie otwartą kwestią zawsze było nie to czy da się wejść zimą na K2 z tlenem. Nie miałem wątpliwości, że to jest możliwe. Zawsze dla mnie tym pytaniem było: czy da się wejść na K2 bez tlenu? To pytanie mnie ekscytowało, to mnie pociąga i po to chcę jechać na to K2, żeby sprawdzić czy się da lub by udowodnić, że się da. To, że ktoś wszedł z tlenem… To tak czy inaczej jest olbrzymi sukces. Ja mam pełną świadomość, że dla szerokiego grona, dla społeczeństwa, dla laików nie ma to po prostu żadnego znaczenia, a ja mam poczucie, że gram w trochę inną grę i to ich wejście umiarkowanie mnie dotyczy. Gra o wejście bez tlenu toczy się dalej. Czy jest zazdrość? Nie sądzę, żeby to była zazdrość. Cieszę się z sukcesu chłopaków, chociaż może jest nitka takiego myślenia, że jednak wolałbym, by to się odbyło w czystym stylu i to wejście miałoby dla mnie większą wartość, gdyby zostało zrobione bez tlenu. To są fakty, ale tak czy inaczej na razie trzeba się cieszyć z tego, że weszli i dajmy im bezpiecznie zejść do bazy, a o niuansach etycznych i stylowych jeszcze będzie czas porozmawiać.

Z drugiej strony natrafiam na wyważone opinie polskich wspinaczy, mających na koncie ważne i ciekawe przejścia w nieco mniejszych górach. Np ta wypowiedź Kacpra Tekielego,zamieszczona na jego profilu na Facebooku.

Wielkie gratulacje dla Wszystkich nepalskich ludzi gór. Dzisiejsze wydarzenie to wspaniałe zwieńczenie Waszego wkładu w dziedzictwo wspinania.

A teraz komentarz, hurtowo, bo nie chcę już detalicznie; od początku eksploracji Himalajów i Karakorum Szerpowie i wspinacze pakistańscy pełnili ważną funkcję. Tylko niektórzy z nich traktowali to ambicjonalnie, dla większości był to sposób na utrzymanie swoich rodzin w tych trudnych do życia, pięknych krainach. Od początku wspinacze z zachodu oczekiwali więc od nich przede wszystkim skuteczności co wiązało się z używaniem tlenu z butli na wysokości. Nawet dzisiaj, wielu “betlenowców” wchodzi na szczyty po poręczach, lub choćby asekurując się z poręczówek założonych tego samego czy też zeszłego sezonu przez Szerpów działających komercyjnie, więc “na tlenie”. Słyszę ciągle głosy: “jeśli Twój partner używał tlenu, to również twoje przejście jest na tlenie”. Nie słyszałem natomiast nigdy wyrazów trzeźwego spojrzenia w rodzaju: “wszedłem bez tlenu, ale asekurowałem się z poręczy, które założył Szerpa na tlenie dwa sezony temu”. Więcej konsekwencji! I dlaczego po kilkudziesięciu latach oczekiwania przede wszystkim skuteczności od Hapsów czy Szerpów, teraz nagle stawia się im zadania etyczne czy sportowe (delikatne sugestie by zostawić K2 dla tych co chcą bez tlenu).

Oni zrobili to tak, jak robili to zawsze, ze względu na popyt generowany przez ludzi zachodu. To była wielka demonstracja siły i wiedzy o górach i choć ani ja ani żaden z moich bohaterów butli z tlenem w górach nigdy nie użył, to nie widzę powodu, by rościć sobie prawo do decydowania o etyce pionierskich wyczynów. Wielkie gratulacje.

Sprawa się komplikuje? Dorzućmy więc kolejny argument, z drugiej strony. “Wielicki i Cichy na Everest też weszli z tlenem”. Kilkukrotnie, jeśli nie więcej razy, wyczytałem ten argument w mediach społecznościowych. Tak, to prawda, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki wspinali się na Everest zimą 1980 roku wspomagając się na ostatnim etapie wyprawy tlenem z butli. Było to jednak prawie 41 lat temu, w czasach, kiedy znakomita część nawet letnich wypraw funkcjonowała jeszcze na tlenie (przypomnę tylko wyprawę na Everest z 1989 roku, kiedy w lawinie na przełęczy Lho La zginęło pięciu polskich himalaistów). Prawdą natomiast też jest, że, choćby w ostatnim dwudziestoleciu, byliśmy już świadkami zimowych wejść na ośmiotysięczniki bez tlenu. Shishapangma (2005), Gasherbrum II (2011), Gasherbrum I (2012),  Broad Peak (2013), Nanga Parbat (2016) i, co chyba najważniejsze, niższe od K2 o “tylko” 200 metrów, Makalu (wysokości 8463) w 2009 roku. Skoro tyle wejść zimą udało się przeprowadzić bez użycia tlenu z butli, to jasne stało się, że na K2 kolejne ekipy też raczej będą próbowały podobnego stylu. Nie można się zatem dziwić reakcji środowiska, które kręci nosem na styl, ale przecież nie na fakt zdobycia szczytu.

Moje zdanie: uważam, że dużo ciekawsze jest mierzenie się człowieka z projektami pozornie niemożliwymi do zrealizowania i udowadnianie przy okazji, że jednak są możliwe. Dlatego z niecierpliwością będę obserwował próby zdobywania ośmiotysięczników zimą bez tlenu (również Everestu). Dodatkowo we wspinaczce, o czym wspominają i Adam Bielecki, i Krzysztof Wielicki, istnieje pojęcie „poprawiania stylu wejścia”, więc nic (poza pieniędzmi i formą) nie stoi na przeszkodzie, by ktoś podjął wyzwanie i spróbował wejść na K2 bez korzystania z tlenu z butli. To nie jest deprecjonowanie osiągnięcia Nepalczyków – wejście jest wejściem. Chciałbym po prostu, abyśmy w dyskusjach na temat wspinania w górach najwyższych dostrzegali różnice w poszczególnych wejściach, bo one stanowią sól tej „dyscypliny”. Zresztą podobnie uważa Krzysztof Wielicki, który dodaje, że w tym wypadku styl nie ma znaczenia co do samego faktu zdobycia K2, jednak do wiadomości publicznej powinna zostać podana informacja o stylu przeprowadzenia ataku, tak, by sytuacja była czytelna.

Jako przykład interesującego mnie stylu zdobywania ośmiotysięczników podaję zwykle zimową wyprawę na Sziszapangmę z zimy 2004/2005, kiedy to pięcioosobowa wyprawa (Jan Szulc jako kierownik, Jacek Jawień, Dariusz Załuski, Piotr Morawski i Simone Moro) poradziła sobie z najniższym ośmiotysięcznikiem. Wspinacze bez pomocy tragarzy wysokościowych, bez butli z tlenem, sami wynosili liny i poręczowali trudne odcinki, Moro i Morawski weszli na główny wierzchołek, w nie najlepszych przecież warunkach pogodowych i bezpiecznie z niego zeszli. Simone Moro nie raz nie dwa wspominał tę wyprawę jako „prawdziwą zimową wspinaczkę”.

Podsumowując – nie mam zamiaru deprecjonować zimowego wejścia na K2, wskazuję tylko różnice w podejściu różnych himalaistów do tematu stylu zdobywania góry. To oni są specjalistami w temacie, to ich powinniśmy ze zrozumieniem wysłuchać, ale, żeby mieć szeroki pogląd na sprawę, nie należy tego robić wybiórczo.

Niezrozumienie pewnych niuansów w himalaizmie u przypadkowego obserwatora moim zdaniem bierze się z przykładania zasad typowej rywalizacji sportowej do himalaizmu, a moim zdaniem jest to droga donikąd. W biegu na sto metrów bierze udział 8 zawodników, wszyscy na równych warunkach. W meczu piłkarskim udział biorą dwie drużyny, jedna w lepszej formie, druga w nieco gorszej, ale zawsze na boisko wychodzi jedenastu przeciwko jedenastu. Komentarze w przestrzeni medialnej/internetowej o „zazdrości” i „bólu dupy” niektórych himalaistów biorą się, moim zdaniem, wprost z takiego rozumienia rywalizacji sportowej. Kiedy kibic drużyny, która przegrała zgłasza wątpliwości co do obiektywnej pracy sędziego, zwykle u kibica drużyny wygranej pojawia się argument o “bólu dupy”, bo przecież “nie potrafiliście wygrać na boisku, to teraz szukacie wymówki”. Ten sam mechanizm działa obecnie w himalaizmie. To jest bardzo proste rozumienie sportu, którym himalaizm… moim zdaniem nigdy nie był, bo nie da się go ubrać w ramy typowej rywalizacji sportowej. K2, czy jakikolwiek inny ośmiotysięcznik zimą, to głównie eksploracja, poznawanie nieznanego, w tym możliwości swojego organizmu. To nie jest zamknięta hala sportowa, na której rywalizację toczą dwa równie dobrze przygotowane zespoły, w obiektywnych, równych dla wszystkich, warunkach. Jednemu słońce przyświeci przez tydzień i zdąży położyć poręczówki na całej górze, drugiemu „lampa” pomoże ledwie przez pięć dni w ciągu trzech miesięcy (tak było niejednokrotnie na wyprawach Zawady w latach 80-tych). Jeden źle wybierze drogę i będzie bombardowany kamieniami, drugi przemknie szybciutko po teoretycznie trudniejszej drodze bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu. Loteria. Dlatego, przy jednoczesnym zrozumieniu prawie wszystkich słabości polskiego himalaizmu, ostrożnie ferowałbym wyrokami z kategorii: “Nasi siedzieli w bazie i grali w karty, a Nepalczycy w kilkanaście dni pokazali, że się da”. Takie twierdzenie jest moim zdaniem nie fair.

Czy to już koniec wielkich wyzwań w Himalajach i Karakorum? Oczywiście, że nie i tu posłużę się wypowiedziami Janusza Majera i Krzysztofa Wielickiego, którzy zgodnie twierdzą, że w Himalajach i Karakorum jeszcze mnóstwo gór nie ma swoich pierwszych wejść w ogóle, niektóre doliny nie zostały jeszcze nawet odkryte przez człowieka, nie mówiąc już nawet o jakiejkolwiek wspinaczce w tamtych rejonach. Masa siedmio i sześciotysięczników pozostała nietknięta (na terytorium Tybetu i Bhutanu, ale tu problemem mogą okazać się względy geograficzne, polityczne i… religijne). Świetlista Ściana Gaszerbruma IV co prawda ma swoje przejście (Wojtek Kurtyka i Robert Schauer w 1985), ale bez wejścia na wierzchołek, a zimowego wejścia nie ma w ogóle. Południowa ściana Lhotse została zdobyta, ale nie zimą. Może warto zastanowić się nad zimowymi wejściami na boczne, również trudne i wysokie, wierzchołki ośmiotysięczników? Kanczendzonga Środkowa, Południowa, Zachodnia, Kangbachen, Broad Peak Central. W lutym 2021 polscy himalaiści jadą na Laila Peak, piękny, sześciotysięczny szczyt w Karakorum, na który mają zamiar wejść po raz drugi zimą, a jednocześnie być pierwszymi Polakami na tej górze. Podobnych wyzwań w najbliższych kilkudziesięciu latach nie powinno zabraknąć. Choć, nie ukrywajmy, medialna machina i ogólne zainteresowanie tymi wyprawami nie będzie tak potężne, jak w przypadku wypraw na K2.

Na koniec zabawna rzecz: “Nepalczycy, jako gospodarze pokazali, jak powinno się wspinać zimą!”. Czytając to nawet się uśmiechnąłem, bo o ile rozumiem powody, dla których ktoś może cieszyć się z wejścia Nepalczyków, o tyle nazywanie ich “gospodarzami” w kontekście K2 leżącego w Kaszmirze, na granicy pakistańsko-chińskiej, jest dość zabawne 🙂 Gdyby jeszcze wejścia dokonali Pakistańczycy, może od biedy Chińczycy, wtedy moglibyśmy mówić o „gospodarzach”.

Ostatnia sprawa, już trochę bardziej związana z samym blogiem, niż z zimowym K2. Zwykle na noc wyciszam powiadomienia w telefonie, albo całkiem odłączam go od internetu, by oszczędzać baterię no i żeby nic mi nie “brzęczało w tle” (lata lecą, sen jak u zająca pod miedzą, wiecie, rozumiecie). Tym razem… po prostu zapomniałem tego zrobić. W sobotni poranek obudziło mnie ok. 80 powiadomień (dokładnie nie wiem, bo jednym ruchem wszystkie “usunąłem”). Dziękuję za wszystkie wiadomości, nie odpisałem na większość z nich, bo moja odpowiedź już w momencie jej tworzenia była nieaktualna, dlatego polecałem uważne śledzenie mediów społecznościowych i serwisów informacyjnych, które wg mnie w obecnej chwili dysponowały najlepszymi informacjami, a przede wszystkim – pewnymi. Niemniej dziękuję, że w ogóle wzięliście pod uwagę, że skromny pasjonat może wiedzieć coś więcej. Nie wiedział, bo akurat spał 🙂

P.S. Jeśli podobają Ci się zamieszczane przeze mnie treści zachęcam Cię do zostania patronem bloga 8tysiecy.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
www.patronite.pl/8tysiecypl

foto do tekstu: Pakistan Tourism (unsplash.com)

2 thoughts on “Zamknięty rozdział

    1. Dziękuję za komentarz, jednak muszę przyznać, że jest on dość niezrozumiały. Gdybyś mógł (mogła) rozwinąć, byłbym wdzięczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *