Recenzja - Artur Hajzer "Droga Słonia"


Początek marca 2013. Gryziemy paznokcie w oczekiwaniu na wieści z Pakistanu, gdzie czwórka himalaistów walczy o pierwsze zimowe wejście na Broad Peak. Artur Hajzer na Facebooku wkleja link do utworu „Fanfara” zespołu Manae. ( można go odsłuchać tutaj ). Szaleństwo. Weszli. Przecież Artur nie wrzucałby do sieci czegoś tak wesołego bez powodu. Na pewno weszli. I na pewno zejdą. Chwilę później przychodzi potwierdzenie: Broad Peak został zdobyty zimą. Patrzę na zegarek. Zbliża się 14.00. Kilka godzin później jedna myśl: „Trzymajcie się”.

Piszę o tym, bo w mojej świadomości Artur Hajzer zaistniał jako bohater z Everestu, który ratował Andrzeja Marciniaka. Później jako szef PHZ i ten, który jest odpowiedzialny za zimowe próby na Broad Peaku. Dopiero na końcu jako jeden z szefów Alpinusa, marki, jak na polskie warunki, bardzo rozpoznawalnej. W świadomości przeciętnego Polaka Hajzer, jeśli w ogóle mógł się z czymś kojarzyć, to właśnie z tymi trzema rzeczami. Przy czym z Broad Peakiem, niestety, najmocniej. I jestem przekonany, że bardzo ciężko było napisać książkę uczciwą wobec samego Artura, książkę, która obmyłaby jej głównego bohatera z tego wszystkiego, co się do niego przyczepiło po wydarzeniach marca 2013.

Bartek Dobroch podjął się rzeczy karkołomnej. Musiał pokazać Artura Hajzera dokładnie takim jakim był, przed Broad Peakiem i tuż po nim. W biografiach różnie z tą szczerością wobec głównego bohatera bywa, ale w książce „Droga Słonia” nie ma zbędnego upiększania, nie ma „malowania trawy na zielono”. Była kicha w górach – autor o tym napisał. Były niepowodzenia w biznesie – bardzo proszę. Ze szczegółami, bez słodzenia, wybielania. Kiedy trzeba było wytłumaczyć czytelnikowi, dlaczego tak naprawdę doszło do zniknięcia z rynku outdoorowego firmy „Alpinus”, Bartek dotarł do wszystkich, którzy mieli w tej sprawie coś ważnego do powiedzenia i spisał ich opinie. Że z kilku stron dostało się przy okazji (słusznie lub nie – nie nam oceniać) ś.p. Arturowi? Trudno.

Kiedy usłyszałem, że Wydawnictwo Znak pracuje nad biografią Artura Hajzera pierwszą myślą było: „To się nie może udać”. „Za wcześnie”. Bałem się, że minęło zbyt mało czasu, by osoby bliskie Arturowi nabrały do tego wszystkiego odpowiedniego dystansu. Od śmierci Artura minęło pięć lat, a ja miałem obawy, czy po takim czasie jest możliwe napisanie interesującej, a jednocześnie prawdziwej książki o architekcie programu „Polski Himalaizm Zimowy”, która przedstawi nam kogoś więcej niż „tego od Broad Peaka”. Zadawałem sobie to pytanie i nie znajdowałem odpowiedzi. Przyszła ona wraz z przeczytaniem pierwszych rozdziałów „Drogi Słonia”.

Biografia Hajzera autorstwa Bartka Dobrocha jest książką kompletną. Nie dłuży się, nie nudzi, nie męczy, jest napisana językiem sprawnym, konkretnym, autor nie cenzuruje przekleństw, nie próbuje wybielać bohaterów. Rozdziały o romansie Artura z wielkim biznesem, historii podboju rynku przez firmę Alpinus i jej dalsze perypetie czytało się jednym tchem. Moim zdaniem te historie to bardzo ciekawe fragmenty życia Artura, może dlatego, że najmniej znane szerokiej publiczności. W rozdziałach poświęconych górskim wyprawom również nie było nudy. Po skończeniu lektury nie miałem wrażenia, że zamykam książkę przeciągniętą. Bartek Dobroch trafił w dziesiątkę. Gdyby grał w kręgle, niemal za każdym rzutem robiłby „strike’a”. „Droga Słonia” to naprawdę dobra robota.

Komentarze