Recenzja - "Spod zamarzniętych powiek"

W swoim życiu przeczytałem niejedną książkę, nie tylko o tematyce górskiej, więc wywnioskowałem, że pokuszenie się o recenzję kolejnej przeczytanej książki będzie na miejscu. Tym bardziej, że rzecz to nie byle jaka, bo traktująca o Adamie Bieleckim. Młody, zdolny himalaista pewnego dnia, namówiony przez Dominika Szczepańskiego, postanowił, że już czas i pora przelać swoje myśli i dwudziestoletnie (!) wspinaczkowe doświadczenia na kawałek papieru.



Większość biografii, książek o sportowcach, ukazuje się moim zdaniem zbyt wcześnie. Zwykle są pisane przez piłkarzy, którzy jeszcze nie skończyli kariery. Tu podam przykład piłkarza - Roberta Lewandowskiego, na jego temat ukazały się dwie książki, w dodatku żadna z nich nie porywa. Są oczywiście ciekawe, czyta się je z zainteresowaniem, ale brakuje w nich tego czegoś, co powoduje, że zostaną zapamiętane na lata. Brakuje w tym wszystkim dystansu, spojrzenia z przymrużeniem oka na swoje, niemałe przecież, dokonania. Jest za to ekscytacja wszystkim, najmniejszym szczegółem, począwszy od pójścia opisywanego bohatera do przedszkola i robienie z niego kogoś, kto się wyróżniał na tle rówieśników, choćby płaskostopiem. To w niektórych biografiach męczy.

Szczęśliwie książka Adama Bieleckiego i Dominika Szczepańskiego jest inna. Adam jest himalaistą ciągle młodym, a już doświadczonym, i chyba właśnie dlatego z książki bije... dystans, to niezbędne przymknięcie oka na swoje dokonania. Jest w niej sporo opisów doświadczeń osobistych, ale również cudzych. Są ciekawe historie, które sprawiają, że książkę czyta się z niekłamaną przyjemnością i niemal jednym tchem.

Nie brakuje tematów trudnych, na przykład relacji z pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak. Temat to nie łatwy, ciągle świeży, a jednak taki szczery opis wydarzeń tamtych dni, kiedy podczas zejścia zginęli Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, był potrzebny. Jednocześnie zgadzam się z Bogusławem Kowalskim, który w numerze 2/2017 "Taternika" recenzując publikację stwierdza, że Adamowi brakuje pokory, że próbuje rozkładać odpowiedzialność za nieszczęśliwe sytuacje z wypraw na swoich partnerów, samemu nie skłaniając się ku refleksji "kurczę, może i ja faktycznie coś kiedyś spieprzyłem?". Nie ma to jednak wpływu na całościowy odbiór książki, która jest jedną z lepszych pozycji w mojej górskiej bibliotece. Podobnie jak Kowalski uważam, że ta książka jest najlepszą z dotychczasowych pozycji napisanych przez młodego, zdolnego dziennikarza, Dominika Szczepańskiego. A pewnie będą kolejne, więc pozostaje czekać.

Komentarze