Piracki wyczyn Polaka. Czy było warto?

Himalajski świat obiegła wieść, że władze chińskie zamknęły dla wspinaczy Tybet, co oznacza, że do "Państwa Środka" himalaiści w najbliższym czasie mogą wybrać się wyłącznie po to, żeby zwiedzić Chiński Mur. Jako powód takiej decyzji podali nielegalne przetrwawersowanie Everestu, a winą obarczyli polskiego podróżnika.

Tło afery: Janusz Adamski, polski himalaista i podróżnik, wybrał się wiosną tego roku do Tybetu, by wejść od strony północnej na najwyższą górę świata. Uzyskał na to wymagane pozwolenie, szczyt zamierzał zdobyć bez użycia tlenu z butli. Byłoby to rozpatrywane w kategorii wyczynu sportowego. W międzyczasie (a może nawet wcześniej) przyszedł mu do głowy pomysł: trawers najwyższej góry świata. Wejście od północy, w Tybecie i zejście na stronę południową (Nepal). Tylko czternaście osób dokonało tego do tej pory, ale Polaków w tym gronie nie było. Z tego co można wyczytać w różnych źródłach Chińczycy na trawersy pozwoleń nie wydają, tak jak do niedawna nie wydawali pozwoleń na eksplorację dziewiczych pasm górskich w rejonie Tybetu. Polak ryzykował sporo. Karę finansową (nawet 22. tysiące dolarów!), deportację, zakaz wjazdu do Nepalu, Chin, infamię środowiskową i rozgłos, bo wbrew pozorom ten niechlubny wyczyn mógł/może mu zaszkodzić w przyszłości i to niekoniecznie w Himalajach. Teraz już wiemy, że "smrodek" z tybetańsko-nepalskiej przygody będzie się za nim ciągnął dość długo. Janusz zdecydował się ostatecznie na używanie tlenu, ale podjął inne ryzyko i dokonał pierwszego polskiego trawersu najwyższej góry świata. Wszedł od północy, zszedł na stronę nepalską (czyli nielegalnie opuścił Chiny). Jak to Polak - chwycił szabelkę i poleciał! Później zaczęły się problemy.

W chwili kiedy piszę tę notkę na blogu Janusz w mediach społecznościowych jest mieszany z błotem. Mowa jest o egoizmie, nieodpowiedzialności, o przedkładaniu swoich ambicji nad dobro innych wypraw, które teraz mogą mieć kłopoty. W mojej głowie zapala się niewielka, ale jednak, czerwona lampka, a język wypowiada krótkie: "hola, hola". Nie takie rzeczy świat widział i jakoś wspinać się można nadal, nawet w Tybecie. Nikt żadnej góry w powietrze nie wysadził, tylko czasowo zabronił wspinać się akurat w tym rejonie do końca roku 2017. Do końca roku! Gdyby prześledzić dotychczasowe "zamknięcia" Tybetu przez Chińczyków można by dojść do wniosku, że władze szukają byle pretekstu, by realizować swój cel polityczny. Do czasu, kiedy nie znajdzie się ktoś, kto chce za wyprawę zapłacić spore pieniądze, wtedy rejon otwiera się cudownie na wszelkich przybyszów. Doskonale rozumiem, że Janusz zawinił postępując egoistycznie, nie myśląc o innych, być może już opłaconych (!) wyprawach, które miały zamiar przebywać w Tybecie jesienią, ale hejt w niczym tu nie pomoże, tym bardziej ze strony polskich czynnych himalaistów, których z Tybetem łączą interesy.

Historia zna przypadki wejść na ośmiotysięczniki bez odpowiednich pozwoleń, a więc z kronikarskiego punktu widzenia - nielegalne. Pierwsze na myśl przychodzi wejście na główny wierzchołek Broad Peak przez Jerzego Kukuczkę i Wojtka Kurtykę w lipcu 1982 roku. Gdyby wszystko odbyło się legalnie byliby oficjalnie uznani za pierwszych polskich himalaistów na tym szczycie (rok później legalnie na szczycie znalazła się Krystyna Palmowska, która jednocześnie została pierwszą kobietą na Broad Peak). Faktem jest, że w latach osiemdziesiątych nie dochodziło do tak skrajnych sytuacji jak ta z Januszem w roli głównej, ale mimo wszystko wejście Broad Peakowe mogło wywołać skandal dyplomatyczny. Jakoś rozeszło się po kościach. Myślę, że w tym przypadku będzie podobnie, choćby ze względu na niezbędny w tym rejonie świata, świeży dopływ gotówki. A nawet jeśli do tego nie dojdzie, Chińczycy się uprą i nie wpuszczą do Tybetu nikogo choćby przez najbliższe kilka lat... to chyba tym bardziej było warto. Taka szansa zdarza się nieczęsto, jak ograbienie przez piratów bogatego w towar hiszpańskiego statku.

Janusz, Ty piracie. Warto było?



Komentarze